Česká centra, Czech Centres

Česká centra / Czech centres - logo

Program

24-04-2020

Polsko-Czeska Wiosna Literatury w Sieci | Pusty las

Kolejny film z naszego literackiego cyklu. Monika Sznajderman (Wydawnictwo Czarne) mówi o swojej książce i czyta jej fragment.

Czytanie świata na końcu świata

Monika Sznajderman „Pusty las”
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2019

Książkę można kupić w sklepie online Wydawnictwa Czarne

zdjęcie autorki: Krysztof Dubiel

Patrzę teraz na nich, a oni patrzą na mnie. Patrzą i domagają się pamięci.

Monika Sznajderman, „Pusty las”

 

Kiedy czytałam książkę Moniki Sznajderman, myślałam o dziesiątkach cmentarzy, które zwiedziłam w moim życiu. Cieszyńskie cmentarze i kirkut, potem cmentarze w austriackim Grazu, skąd w XIX wieku moi praprzodkowie wyruszyli do Galicji, by osiąść w okolicach Stryja w obwodzie lwowskim, na peryferiach austriackiej monarchii. To oni byli tą „bezimienną siłą, która wypalała i karczowała, orała i siała, sadziła i zbierała”. Ich zarośnięte trawą nagrobki, które przez cały długi wiek poddawały się upływowi czasu, znalazłam na tyłach cmentarza w Machlińcu, pod lasem.  

Podobnie jak autorka „Pustego lasu” starałam się przywrócić krajobrazowi przeszłość, a jego twórcom imiona i nazwiska. Dla mnie ważne jest jedno miejsce i jedna kobieta, Rozalia Wiesner, żydowska właścicielka kawiarni Avion, wybudowanej w 1933 roku w Czeskim Cieszynie. Po roku 1939 kawiarnię zlikwidowano, a jej właścicielka musiała uciekać z Cieszyna. Minęło pół wieku i gdy odkryłam budynek dawnej kawiarni na starej pocztówce, zainspirowała mnie do tego stopnia, że zainicjowałam z tutejszymi artystami programy poetycko-muzyczne w ramach cyklu „W kawiarni Avion, której nie ma”. I stał się cud – dokładnie 10 lat temu Avion wrócił nad Olzę, a dawna właścicielka, którą zamordowano w 1942 roku w KL Auschwitz -Birkenau, ma przed kawiarnią swój „stolperstein” – kamień pamięci, bo fakt, że nie ma nagrobka, przez długie lata nie dawał mi spokoju. Ponieważ zawsze skrupulatnie odczytywałam napisy na nagrobkach albo szukałam brakujących danych w starych metrykach, okazało się, że istnieje magiczna data: pani Rozalia zginęła 15 czerwca, a ja wiele lat później w tym samym dniu przyszłam na świat.  

*

Gdybym chciała szukać we współczesnej literaturze czeskiej śladów mieszkańców, których wypędzono, to nie byliby to „Rusini”, „Rusnacy”; żyli na terenach, które są raczej w zasięgu literatury słowackiej. Pierwszy czeski tytuł, który od razu się narzuca, to przetłumaczona na wiele języków, w tym również na język polski, debiutancka powieść Kateřiny Tučkovej „Wypędzenie Gerty Schnirch”. Jej bohaterka jest pół Czeszką, pół Niemką (po ojcu), która zostaje wbrew swojej woli zaszufladkowana, naznaczona łatką „parszywej Niemki” i w 1945 roku w ramach „marszu śmierci” zostaje wydalona z Brna, w którym spędziła całe swoje życie. Temat kontrowersyjny, bo czy Gerta jest jedną z wielu, którzy na karę nie zasłużyli, jedną z brutalnie potraktowanych kobiet, które – jak napisał polski recenzent – „biorą na swoje barki skutki zawieruchy wywołanej przez mężczyzn”?  

Czeski pisarz, publicysta, scenarzysta, fotograf i filmowiec Petr Mikšíček podjął przed laty temat pamięci i czesko-niemieckiego pogranicza, z którego krajobrazu zniknęli dawni mieszkańcy – stąd nazwa jego projektu i wędrownej wystawy „Zmizelé Sudety”. Prosty pomysł przedstawienia zdjęć, na których widać miejscowości na pograniczu kiedyś, w erze ich rozkwitu i obecnie, po latach wojny i rabunkowej gospodarki państwa socjalistycznego, chwycił i wystawa wędruje po całym kraju do dziś. Gdy Mikšíček mówi, że Sudety są obszarem dynamicznych zmian, ma na myśli krajobraz i architekturę. W 2000 roku przewędrował pieszo całą Republikę Czeską i doszedł do wniosku, że Sudety, które opisał w książce „Pielgrzymka sudecka czyli Waldgang”, inspirują go właśnie dlatego, że Czesi nie tworzyli ich historii. Bardziej bowiem interesuje go to, co na tych opustoszałych i stopniowo znowu zasiedlanych miejscach istniało kiedyś, nie to, co jest tam teraz. Walczy też z etykietką „mieszkańca stolicy”, który chce zabierać głos w sprawach dotyczących zapomnianych peryferii. W końcu doszedł jednak do wniosku, że to właśnie dystans pozwala mu nazywać po imieniu rzeczy, których nie zauważają ci, którzy się tu osiedlili.

W 2011 roku Petr Mikšíček odkrył zapomnianą wioskę Königsmühle w Rudawach Czeskich i wkrótce razem z gronem przyjaciół zaczął ratować to, co można było jeszcze ocalić od zapomnienia. W tym celu założyli stowarzyszenie DoKrajin, które organizuje w Młynie Królewskim (wieś nazywa się Králův Mlýn) festiwale landartowe, spotkania Czechów i Niemców, podczas których dochodzi dzięki przebaczeniu dawnych zaszłości do pojednania. Poznają się tu bliżej Czesi z Niemcami, przez co odbyły się tu już dwa wesela mieszanych par. Wzruszające są też opowieści starych ludzi, dawnych mieszkańców Sudet, którzy nie boją się wracać do tamtych czasów i życiowych historii.

W obecnej sytuacji, gdy nakazy związane z pandemią wirusa Covid nie pozwalają nam korzystać z wielu uciech, na przykład odwiedzin w salonach fryzjerskich, przydałby się wymyślony przez czeskie stowarzyszenie projekt ożywiający legendy, historie i przygody z tego regionu. Petr Mikšíček zainicjował bowiem akcję „Chcesz mieć fryzurę, zapłać opowiedzianą historią”. W ten sposób powstają na głowach gawędziarzy fantastyczne fryzury, a dzięki opowieściom w zapomnianej wiosce koło Klínovca ożywają sudeckie historie.

*

W swej książce „Pielgrzymka sudecka czyli Waldgang” Mikšíček pisał o jednej z wielu miejsowości na pograniczu, które opustoszały po wypędzeniu pierwotnych mieszkańców: „Dotarłem do dawnej wsi Pořejov (Purschau) i na wzgórzu zobaczyłem ruiny kościoła. Od razu ruszyłem w tamtym kierunku. To było coś niezwykłego. Ruiny i zupełnie nowa trasa turystyczna, na drogowskazie napis: kościół pielgrzymkowy św. Anny. Na kościelnym murze wisiała duża i czytelna tablica: ‘Uwaga, budynek grozi zawaleniem!’. Tyle wrażeń, to było jak bajka o Śpiącej Królewnie. Wszystko tu spało i czekało na kogoś, kto obudzi to królestwo. Tymczasem kościół niszczał, kraina była pogrążona w głębokim letargu, pamięć ulatniała się, gasła. Wkrótce nie będzie już do czego nawiązywać”.

Moi przodkowie odeszli stąd w pierwszej połowie XIX wieku, kiedy mieszkańcy Purschau żyli jeszcze ze sobą w zgodzie. Potem nadszedł wiek nienawiści, wojen i wysiedleń. Zniknęli ludzie, potem ich domy, zostały tylko pola i łąki. Krajobraz tak bardzo przypominający Beskidy... To była moja trzecia podróż sentymentalna, kolejny stary cmentarz i ponowne odczytywanie napisów na nagrobkach i krzyżach. W końcu przez niekończące się zarośla i pokrzywy dotarłam do ruin kościoła świętej Anny, w którym w 1828 roku ochrzczono mojego praprzodka. Ślub brał już jednak na dalekich Kresach, setki kilometrów stąd.

Chciałam dać naszej niezakorzenionej rodzinie legendę założycielską. Wracałam do domu i zastanawiałam się, co nam chciał praprzodek Georg przekazać? Że wędrowanie jest celem, sensem życia i odpowiedzią? Że obcy, przybysz, wędrowiec, nie zawsze jest zły, bo czasem ratuje odcięte od świata lub pogrążone we śnie królestwo i staje się żywą wodą dla usychających korzeni?

 

Renata Putzlacher-Buchtová

Poetka, tłumaczka, publicystka, scenarzystka, a także polonistka – prowadzi zajęcia z literatury polskiej i translatoryki w Instytucie Slawistyki na Uniwersytecie Masaryka w Brnie (RC).

 

Miejsce:
Data:

24-04-2020

Organizator:

Czeskie Centrum jest współorganizatorem wydarzenia


Przypomnieć o wydarzeniu
Tuto akci nelze připomenout, protože akce již začala