Česká centra, Czech Centres

Česká centra / Czech centres - logo

Program

Kalendarz

Aktualności

Galeria
wideo

Galeria

wideo

Video placehodler

Refleksja Ladislava Jakla, sekretarza stanu i dyrektora departamentu politycznego Kancelarii Prezydenta Republiki Czeskiej Vaclava Klausa.

Trzydzieści lat temu, w niedzielę 13 grudnia 1981, w godzinach wieczornych do akademika Větrník (Wiatrak) w dzielnicy Petřiny wracali od swoich mam studenci na ostatni szkolny tydzień przed Bożym Narodzeniem. Wracali też moi ówcześni koledzy z pokoju, jak Iwan z Czeskich Budziejowic. Być może to właśnie on wyciągnął z torby małe tranzystorowe radio i włączył je. A po kilku minutach już słyszeliśmy to wszyscy.

To znaczy nie „już”, bo w tamtym momencie to była informacja znana od 20 godzin. Ale uderzyła mnie prosto między oczy. I z tych oczu mi zaczęły nie po męsku kapać łzy. Wiadomość brzmiała jasno i zdecydowanie, chociaż była podana w ówczesnym, zakamuflowanym żargonie. Kontrrewolucja została w Polsce zakończona, był ogłoszony stan wojenny, godzina policyjna, rozwiązanie Solidarności, czołgi na ulicach.

Każdy, kto wtedy śledził polską sytuację, włączał ten wariant do swoich kalkulacji, ale nikt w niego nie wierzył. Przynajmniej ja nie. Tego by przecież nie mogli zrobić. Zrobili.

Wojskowy zamach stanu pod kierownictwem ministra obrony gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który zastąpił istniejący rząd wojskową juntą, według apologetów zamachu był krokiem zapobiegawczym przed ewentualną sowiecką inwazją do Polski. Zadaniem dla historyków jest ocena, czy był to pretekst, wymówka, czy kłamstwo. Faktem jest, że to gwałtowne przejęcie władzy było przede wszystkim odpowiedzią na bieżące wydarzenia w Polsce.

W sobotę, 12 grudnia 1981 odbywało się w Gdańsku spotkanie Krajowej Komisji Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Negocjacje z rządem w tym czasie trafiły na przysłowiowy mur. Rząd nie chciał zaakceptować zmiany systemu. Krajowy Komitet Solidarności uzgodnił, że wygłosi referendum. Powszechne lub tylko w związkach zawodowych. W tym czasie miały już dziesięć milionów członków. A decyzja w sprawie referendum była prawdopodobnie powodem, dlaczego rozwój wydarzeń brutalnie przejęło wojsko.

O godzinie pierwszej dnia 13 grudnia 1981 w prezydenckiej siedzibie Belwederze spotkali się członkowie Rady Państwa do zatwierdzenia dekretów stanu wyjątkowego. Dekrety miały jednak tylko formalnie potwierdzić procedury, które armia rozpoczęła kilka godzin wcześniej. W centrach telekomunikacyjnych zostały zawieszone wszystkich krajowe i międzynarodowe połączenia. Przejęto radio i telewizję. Do tysięcy mieszkań wpadła tajna policja aby internować przywódców Solidarności i innych działaczy. Jednostki awaryjne zaatakowały siedziby regionalnych liderów Solidarności, przerwały działanie urządzeń telekomunikacyjnych i poligraficznych, aresztowały ich operatorów. Na węzły komunikacyjne, główne skrzyżowania i trasy wyjazdowe z miast, do budynków rządowych i strategicznych obiektów, jak również budynków ambasad wyruszyły czołgi i pojazdy bojowe. Rano w telewizji generał Jaruzelski ogłosił stan wojenny i zapowiedział, że władzę przejmuje Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego.

W przewrocie tej nocy uczestniczyło ponad siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy i około trzydziestu tysięcy członków Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Na ulice wyjechało 170 czołgów, 1400 pojazdów opancerzonych, 500 pojazdów wojskowych piechoty i dziewięć tysięcy pozostałych pojazdów sił zbrojnych.

Wiem, że słowa o moich łzach brzmią zbyt melodramatycznie, ale tą wiadomość odbierałem bardzo osobiście. Dotyczyła mojej rodziny, przyjaciół, mojej drugiej ojczyzny. Ale przede wszystkim mnie samego i moich nadziei.

Przed półtora roku spędziłem w Gdańsku dwa pełne wrażeń tygodnie. W stoczniach się gotowało, konflikt z władzą był nieuchronny, interpretacje przyczyn były jasne. Częściowo chodziło o reakcję na postępowanie władzy wobec protestujących, którzy na stacji Katowice domagali się zatrzymania pociągu z mięsem do olimpijskiej Moskwy, częściowo i z powodu szykanowania dwóch operatorów dźwigów i bezprawne przeniesienie ich do innej pracy. Raporty były nieliczne i bardzo zniekształcone. Było oczywiste, że coś się dzieje.

Kiedy 15 sierpnia 1980 roku w godzinach porannych wyjeżdżałem rodzinnym Wartburgiem w długą podróż do Chebu i przejeżdżałem w pobliżu portu i stoczni, stały te wielkie dźwigi dziwnie, z ramionami w górze, jakby z pozdrowieniem. Człowiek wstrzymał oddech. Rozpoczął się strajk generalny, rozgorzała walka Solidarności.

Nie miałem pojęcia, czy chodzi o coś wielkiego, tylko uczucie, że coś wisi w powietrzu. W ciągu kilku dni i tygodni stało się jasne, że nie jest to epizod. Od miesięcy pochłaniałem każdy raport na temat spraw polskich, przyjaciele mi dowozili ulotki lub Gazetę Wyborczą, kolegów informowałem z dumą, że my, Polacy (jasne, że jestem trochę Polakiem, kiedy mi to pasuje) ocalimy świat przed komunizmem.

Dlatego 16 miesięcy później odebrałem te straszne wieści tak osobiście. I straciłem na jakiś czas wszelką nadzieję. To był mój sierpień 1968 roku. Ale bardzo się myliłem.

Po grudniu 1981 na pewno miało miejsce w Polsce dokręcanie śrub i tymczasowe dziesiątkowanie opozycji. Ale w przeciwieństwie do czeskiej sytuacji lat `70 była istotna różnica. W Polsce nie rozpoczęła się normalizacja. W Polsce niezależne działania nie były całkowicie zadeptane do ziemi, że została ledwo iskra. Tam przez cały czas paliły się przynajmniej płomyki.

Nie lubię pogardliwych oskarżeń wobec czeskiej normalizacji, które wypowiadają ci, którzy chcą podkreślić, że w niej w zasadzie nie uczestniczyli. Istnieje wiele powodów, w tym sytuacji na świecie, dlaczego warunki w Polsce w grudniu 1981 roku nie kopiują tych w Czechach po sierpniu 1968 roku. Rozwiązana Solidarność miała 10 milionów członków, była zakorzeniona w narodzie, a nie tylko w kawiarniach w stolicy i miała siłę, by przekształcić się w dużą sieć funkcjonujących podziemnych struktur. Kościół katolicki nie zawiódł i w większości stał się platformą duchowego wsparcia kraju.

Dla wszystkich nie były lata `80 w Polsce okresem martwego oczekiwania, ale raczej powolnego, ale niepowstrzymalnego podnoszenia głowy. Dlatego rok 1989 inaczej wyglądał w Polsce i nastał wcześniej, niż u nas. Tam był w zasadzie płynnym przejściem wszystkich procesów w społeczeństwie przebiegających już od 14 grudnia 1981 roku. W grudniu 1981 roku w Polsce nie wygrali komuniści, chociaż Solidarność otrzymała wielki strategiczny cios. Przeciwnie, zapracowali na swój koniec.